Zawartość

Szwedzi w Příboře

 

W podaniu Josefa Ullricha wersja legendy o Szwedach w Příboře brzmi następująco:

W ostatnich latach Wojny Trzydziestoletniej szwedzkie wojska najechały Morawy. Wieści o tym, że zbliża się armia wroga budziły strach i grozę. Mieszkańcy Příbora również obawiali się najazdu Szwedów. Wielu ludzi było zdania, że Szwedzi są gorsi od pospolitych rabusiów. Czym bliżej były szwedzkie wojska, tym większy strach szerzył się pośród Příborzan. Mieszkańcy miasta byli coraz bardziej przekonani, że będą musieli krwawo bronić się przed najeźdźcami.

Wkrótce u bram Příbora pojawił się pierwszy szwedzki oddział, zapowiadający nadejście liczniejszych zastępów wojska. Szwedzi zażądali od rady miasta prowiantu, zakwaterowania oraz – jak to wtedy było w zwyczaju – wypłaty grzywny, czyli wielkiej sumy pieniędzy.  Po ich odejściu radni zebrali się, żeby się zastanowić, co począć dalej. Całkiem zrozumiałym było, że przygotowania do obrony wywoływały w mieście wielkie emocje. Niektórzy bali się, że Szwedzi wymordują całe miasto i doradzali ucieczkę w dalekie góry, inni byli zdania, iż należy przystąpić na szwedzkie żądania. Niepokój wzrastał a mieszkańcy byli wobec tego bezradni.  

Naraz w oknie ratusza pojawił się burmistrz, który w kilku dobrze dobranych słowach uspokoił obywateli miasta, kazał im rozejść się po domach i czekać na decyzję rady miejskiej. Późno w nocy, na pustych ulicach i uliczkach Příbora pojawili się radni. Pukali do drzwi i okien, stłumionym szeptem tłumacząc, co się będzie działo oraz jakie zadania do wykonania otrzymali poszczególni ludzie.

 

Po północy dzielny burmistrz poprowadził oddział wybranych przez siebie uzbrojonych ludzi na wzgórze, na którym stał kościół Świętego Franciszka. Każdemu z nich wyznaczył pozycję przy murach starego cmentarza, którego mieli w razie potrzeby bronić własną krwią. Tuż przy bramie stała wtedy wiekowa lipa. W jej koronie ukryli się najlepsi příborscy strzelcy –mieli tam czekać na rozkaz włączenia się do bitwy, w przypadku, gdyby zaszła taka potrzeba.

Korona drzewa była rozłożysta a jej gałęzie tak grube i gęste, że stała się doskonałą i bezpieczną kryjówką dla wojaków.

Kiedy ostatnie przygotowania do obrony miasta zostały zakończone, stary burmistrz ukląkł na kolana i jął prosić Boga, aby nie dopuścił do zwycięstwa barbarzyńców, którzy niszczyli ołtarze i mordowali wiernych wraz z ich kapłanami.

Ledwo pierwsze promienie słońca oświetliły okoliczne wzgórza, głos dochodzący z wieży zwiastował już nadchodzących Szwedów. Burmistrz oraz członkowie rady miasta, którzy całą noc czuwali, nie zmrużywszy nawet oka w ratuszu, udali się na spotkanie nieprzyjacielskiego oddziału wojska. Ujrzawszy wroga, padli na kolana przed ich pułkownikiem, podając mu klucz do ratusza. Szwedzki dowódca nie zsiadł nawet z konia. Uznał, że upokorzeni mieszczanie nie są godni ani jednego słowa. Klucz podał mu jego sługa, on sam zaś spiął konia ostrogami i wjechał do miasta. Wraz z nim do miasta wtargnął ogromny oddział wojsk szwedzkich, ciągnący się od pierwszego domku przy ulicy Jičíńskiej, aż po samą rzekę Lubinę. Burmistrz poinformował go jeszcze usłużnie, że żądana suma pieniędzy czeka na wypłacenie w ratuszu.

Kiedy weszli do ratusza, stało tam już dwunastu radnych; każdy z nich trzymał uprzednio przygotowaną sakiewkę pieniędzy w ręku. Pułkownik otrzymał tę najmniejszą z nich ale za to pełną najczystszego złota. Kiedy tylko nieprzyjaciele zaczęli gorączkowo przeliczać monety, radni wyciągnęli zza pazuchy swych płaszczy noże i sztylety, którymi pozabijali wszystkich szwedzkich dostojników.

Tymczasem wojska na rynku oczekiwały na przybycie swoich dowódców. Zniecierpliwieni wojacy zaglądali do okien ratusza, a kiedy nikt się w nich nie pojawiał przez ponad godzinę, postanowili sforsować zamki. Wtedy z ratusza padł pierwszy wystrzał. Był to sygnał do rozpoczęcia boju. W powietrzu zaczęły świstać kule. Zaskoczeni rozwojem sytuacji Szwedzi starali się przedostać do wnętrza najbliższych budynków, jednak wszystkie drzwi zostały uprzednio zaryglowane i dobrze zabezpieczone ciężkimi zamkami. Na próżno próbowali ponowić zmasowany atak, za każdym razem ich oddziały udawało się rozproszyć. Z miasta wydostał się tylko jeden, jedyny oddział pod dowództwem młodego, mądrego szwedzkiego dostojnika. Ten ostatni postanowił wycofać oddział na wzgórze, na którym stał wspomniany już kościółek Św. Franciszka. Planował zyskać tym na czasie, przegrupować swoje oddziały i poczekać na wsparcie innego zastępu szwedzkich wojsk.

Jednak gdy tylko żołnierze szwedzcy zbliżyli się do kościoła, kule zaczęły sypać się w ich kierunku ze wszystkich stron, a mur cmentarza aż jeżył się od błyszczących muszkietów swoich obrońców. Ucierpiawszy wielkie straty, Szwedom udało się przebić przez mur na teren cmentarza, gdzie rozpoczęła się niezwykle krwawa walka.

Mieszczan opuszczały już siły, wielka część z nich poległa w boju, kiedy w końcu, nadeszły posiłki. Strzelanina rozpętała się od nowa, kiedy to z korony wiekowej lipy wyskoczyli ukryci strzelcy z Příbora. Szerząca się panika rozbiła ostatnie oddziały Szwedów, którzy gromadnie porzucali swoje bronie i uciekali precz przez mury i bramę cmentarza. Coraz rzadziej słychać było wystrzały, i tak, po jakimś czasie w mieście na nowo zagościł spokój. Wróg został pokonany.

Na pagórku pod Šibeňákem szczątkowe oddziały wojsk szwedzkich utworzyły jednostkę, która kontynuowała ucieczkę w stronę Novégo Jičína. Dopiero wtedy mieszkańcy Příbora mogli naprawdę odetchnąć z ulgą i podziękować dzielnemu burmistrzowi oraz członkom miejskiej rady za to, że udało im się ocalić miasto przed zagładą.

W końcu wszyscy poszli razem do kościoła parafialnego, gdzie odprawiona została msza dziękczynna za uratowanie Příbora od Szwedów. Wieść o zwycięstwie nad Szwedami rozeszła się szybko po całym regionie i stała się źródłem znanego niemieckiego porzekadła:

 

„Brieg, Freiberg, Brünn

Machen die Schweden dünn.“

Co oznacza po czesku:

„V Břehu, Příborze i  Brnie

Źli Szwedzi zostali pobici.“